#myfirst7jobs czyli popularny hasztag na dobry początek

jobs

Moja kariera zawodowa może i nie była zbyt zawrotna, a wszystkie prace to jedynie krótkie epizody. Mimo to, wszystkie wpisy, które na ten temat przeczytałam, są niesamowicie ciekawe. Dorzucam coś od siebie, uznając to za dobry start nowej odsłony bloga. 

W gruncie rzeczy w latach młodości (jak kolwiek to brzmi z ust 28-latki) nie musiałam pracować. Uczyłam się, bawiłam, potem studiowałam.  Pieniądze na moje potrzeby zapewniali mi kochani rodzice, a ja odwdzięczałam się pomocą w domu. Kiedy skończyłam studia, wyjechałam za granicę  i do pracy pójść siłą rzeczy musiałam. Moja dynamiczna kariera trwała zaledwie rok, ponieważ zaszłam w ciążę. Mimo wszystko znalazło się kilka krótkich epizodów w zarabianiem pieniędzy, niekoniecznie wielkich. Oto 7 z nich. #myfirst7jobs

  1. Zbieranie malin na plantacji.

Wszyscy znajomi chodzili to i ja poszłam. Miałam wtedy 14 lat i wizja zarobionych tysięcy była niesamowicie kusząca. No cóż, tysięcy to zebrałam malin, a zarobiłam kilka złotych. Pamiętam, że wstawaliśmy bardzo wcześnie, około 4 rano i na 6 dojeżdżaliśmy grupą znajomych na plantacje. Tam każdy z nas dostawał w łapę pudełeczka, wózek i swoje miejsce przy krzaczku. Maliny obowiązkowo miały być usypane na górkę. Po całym dniu harowania w upale otrzymywaliśmy jakieś 20 zł i sio do domu wyspać się i wrócić następnego dnia. Po 2 dniach mi podziękowali bo byłam niska i nie zbierałam malin z góry krzaczka.

2. Mały ciucholand u cioci.

To była super praca! Co prawda tylko na zastępstwo raz na jakiś czas, ale uwielbiałam tam chodzić. Gazetka, kawka, papierosek i przebieranie w ciuszkach. Stałe klientki przychodziły na ploteczki, zawsze coś tam udawało się im wcisnąć. O ile latem było cudownie, to zimą zaczynało się robić nieciekawie. W lokalu nie było ogrzewania, więc ciotka wstawiła do środka jakiś stary piecyk, który śmierdział i ogrzewał prawdziwym płomieniem. Efekt jest taki, że przypaliłam na piecu rękaw mojej pięknej, białej kurteczki i nie nadawała się już do noszenia.

3. Popularna sieciówka z obuwiem.

Masakra! Wytrzymałam tam jeden dzień, poczym z wielką ulgą odeszłam nie odwracając się za siebie. Ja wiem, że setki młodych ludzi pracuje w takich miejsach, ja niestety nie odnalazłam się tam i wspominam fatalnie. Pierwszy dzień w pracy, polecenie od kierowniczki aby poukładać dziesiątki kartonów z butami wg jej wytycznych. 3 godziny układałam, poczym kierowniczka stwierdziła, że jednak tak jej się nie podoba. Została oddelegowana do drzwi wejściowych, gdzie w mrozie musiałam witać wszystkich wchodzących serdecznym “dzień dobry!” mimo, że zęby zgrzytały mi z zimna. Kiedy z nosa zaczął lecieć mi katar i przestałam czuć swoje dłonie, podziękowałam. Za zarobione pieniądze zabrałam chłopaka do KFC i tyle mojej kariery w sieciówce.

4. Pachnidełka w Sopocie.

Ależ tam był klimat! Lato, słoneczko, szum morza i gwar małego rynku. A pośrodku tego ja na stoisku z pachnącymi kamieniami. Szef nie wyjaśnił co to właściwie jest i do czego mają te kamienie służyć. Poniosła mnie fantazja i wciskałam to badziwie ludziom mówiąc jak to świetnie nadają się jako zapach do samochodu, szafy, torebki, kosza na śmieci. Udało mi się całkiem sporo tego sprzedać. Miło wspominam to stanowisko. Minusem było to, że przez 12 godzin nie było gdzie tyłka posadzić. Pan ze stoiska obok zrobił mi prowizoryczne siedzenie z wiadra, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Jedynym posiłkiem na rynku była pajda ze smalcem i ogórkiem, a od mieszaniny zapachów bolała mnie głowa. Mimo wszystko, bylo warto, 120 zł piechotą nie chodzi!

5.  Szwajcarski ciucholand.

Kiedyś lubiłam kupować w lumpeksach, ale po dwóch dniach pracy w jednym z nich całkowicie zmieniłam zdanie. Moja praca polegała na sortowaniu odzieży, która niewiadomo skąd do tego sklepu trafiła. Tak więc rozpakowywałam worki z ubraniami, pościelą i bielizną nie wiedząc co zastanę w środku. A zastawałam ciekawe rzeczy… obsikane i obsrane gacie, obrzygane ubrania, brudne skarpety. A jeśli pośród takiego syfu znalazło się coś wartego uwagi to od razu trafiało na wieszak. Wszystko to gołymi rękami. Wytrzymałam 2 dni.

6. Cleaner w butiku.

Zaraz po przyjeździe do Szkocji szukałam obojętnie jakiej pracy, byle się gdzieś na początek zaczepić i szukać czegoś lepszego. W krótkim czasie znalazłam prace jako sprzątaczka w dość drogim butiku z ubraniami. Z ogromnym sentymentem wspominam to miejsce. Tam podszkoliłam język, poznałam ciekawych ludzi pracujących w butiku. Uwielbialam tą pracę. Słuchawki na uszy, miotła w dłoń i jazda po 3 piętrach sklepu. Pracowałam przed otwarciem więc na sklepie byłam zazwyczaj całkiem sama, pracowałam swoim tempem. Podczas sprzątania biura sklepu zawsze sobie pogadałam z kimś z pracowników. Przepracowałam tam ponad rok i sprzątałam do 7 miesiąca ciąży.

7. Szycie opasek dla dzieci.

Ahh mój pierwszy genialny pomysł na biznes! Bedąc w ciąży zaopatrzyłam się we wstążki, gumkę i nić do szycia i szyłam piękne opaski dla dzieci, które następnie sprzedawałam na ebayu. Szły jak świeże bułeczki. Niestety uszyłam tylko kilka, po czym zaczęły mnie boleć plecy przeciążone ciążowym brzuchem i biznes upadł. Nadal mam pudełko z materiałami. Opaseczkę made by Kasson?

 

Obecnie wykonuję pracę, którą mogę określić jako najcięższą ze wszystkich. Jestem mamą dwulatki.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *